sobota, 5 października 2019

Witaj Azjo !

Telawi, godz. 10.00, wyjeżdżamy z miasta, po drodze bazar w stylu „ szwarc-mydło - powidło” z prawdziwym zapachem Azji. Szafran telawski, proszę bardzo ... 1 lari, sól kachetska, a jakże 1 lari, babuszka jeścio fotku praszu , a idzi, ja nie chacziu , odwraca się zażenowana, ale po chwili wciska mi do rąk kiść winogron. Idzi malczik, idzi - szepcze odsłaniając z uśmiechem rząd pożółkłych zębów bez górnej jedynki.Pelen wdzięczności odwracam głowę i wpadam na Roba ( od rana w świetnej formie po solidnej dawce witaminy C na noc) z wypchaną reklamówką owoców wschodu (Boże, on to uwielbia). Za nim podąża Wiesław w zawiadiacko przekręconej cyklistówce z azjatyckim pakietem na spróbowanie : różne odmiany krowiego sera. W ręce kurczowo dzierżąc karteczkę z nazwami orientalnych przypraw ( zadanie zlecone przez szanowną małżonkę Beatę) wyszukuje w barwnym tłumie Borda. Ten nieco zagubiony, ale tez rozbawiony odgania stado much od głowy świni nie pierwszej świeżości, trzymając ją jedną ręką, a drugą pozując do oryginalnego selfi. Ach, zapomniałem o Łuku i Stachu. Pojawiają się znikąd i tym razem mamy znów bohatera. O dziwo to nie Łuku, ale mój brat. Nie mogąc złapać oddechu, okazało się z przerażenia, opowiada, jak to Stachu postawił się dwóm brodatym Gruzinom w czarnym mercedesie, którzy nie przepuścili go na przejściu dla pieszych. W Niemczech, gdzie pracuje mój brat, to nie do pomyślenia. Timur bez zastanowienia wpada do szoferki : chodu maładcy ! uchodzim ! Tak oto niemiecka poprawność przegrywa z kachetyckim chaosem !












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz