środa, 2 października 2019
Trzeci dzień wyprawy gruzińskiej
Rano pobudka dość wczesna, bo przesunięcie w czasie w stosunku do polskiego w Gruzji wywołuje niepotrzebne mentalne turbulencje, ale ok, udało się wskoczyć na wyższy poziom aktywności po gorącej czarnej czajance ! Kawałek suchego chleba i aviomarin, niestety ... I oczywiście leciuchne pogaduchy poranne, z tokującym Łukaszem ( prowokacja permanentna na podłożu sympatycznego samozadowolenia), wyważonym w każdym calu Bordem z charakterystycznym montypytonowskim dowcipem, do perfekcji opanowanym i ogarniętym logistycznie Wiesławem. No i oczywiście Robert zadeklarowany fan swojej żony Iwonki, a przede wszystkim miłujący życie zmysłowiec ( kochający Mylovitz), w czym wspiera go zawodowa wiedza technika żywieniowego. Mój młodszy braciszek Stanisław - zatroskany lekarz naszej ekipy, z ledwością oderwał się od swoich obowiązków w niemieckiej klinice, za co jestem mu wdzięczny. Mi cholernie odpowiada rola Wyspiańskiego na Weselu bądź ujmując to inaczej - zanurzonego w poetyce codzienności, broń Boże turpistycznej - rejestratora przeżyć ( kiedyś uwielbiałem Białoszewskiego „ Szumy, zlepy, ciągi”). Żeby tak utrwalić to zwykle kruche i mniej ważne... Żeby odnaleźć poetykę codzienności w prostym reportażu. Uff, trudno się pisze na Drodze Wojennej, bo samochód chyboce a widoki za oknem rozpraszają. Właśnie zator na drodze spowodowany stadem owiec i krów z pasterzami, ale dość gadania i wybaczcie, niech przemówią obrazy...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz